HUGO COSTA / DIRK SERRIES / FRISO VAN WIJCK are playing a concert at the Klooster Oude Noorden in Rotterdam (The Netherlands), celebrating their live album ‘Live At Kapel Oude Klooster’ on Subcontinental Records. Don’t miss out.

the aim of art is to represent not the outward appearance of things, but their inward significance
HUGO COSTA / DIRK SERRIES / FRISO VAN WIJCK are playing a concert at the Klooster Oude Noorden in Rotterdam (The Netherlands), celebrating their live album ‘Live At Kapel Oude Klooster’ on Subcontinental Records. Don’t miss out.

The Polish SPONTANEOUS MUSIC TRIBUNE, under curation of Andrzej Nowak, just reviewed our latest 3 releases with great enthusiasm and compliments. The albums are of course available from our store.



Label belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa A New Wave Of Jazz dostarcza trzy nowe smakowitości. I to niemal w całości w wykonaniu … portugalskim. Kochamy ten szalony świat muzyki improwizowanej!
Na dobry początek saksofonista José Lencastre w kompulsywnym trio z szefem labelu i jego żoną. Ta druga improwizuje tu na tajemniczo, ale jakże efektownie brzmiącym instrumencie klawiszowym. Tuż potem kwartet kameralny, stuprocentowo portugalski (z Lencastre’em ma saksofonie!), który udanie posiłkuje się elektroniką. Na finał garść swobodnie improwizowanego jazzu z zachodnich rubieży Półwyspu Iberyjskiego, czyli trio Garuda z gościnnym udziałem pianisty Rodrigo Pinheiro. Nic, tylko słuchać, słuchać i słuchać!
So, welcome to belgian Portuguese!
Lemadi Trio Tryptophan Suite (NWOJ Axis series, CD 2024). José Lencastre – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara oraz Martina Verhoeven – crumar piano. Nagranie koncertowe, Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, maj 2023. Dwie improwizacje, 51 minut.
Verhoeven i Serries często improwizują w trio z saksofonem. W takich wypadkach ich najczęstszym partnerem jest Collin Webster. Tym razem los koncertowy zetknął ich z Portugalczykiem José Lencastre’em, który jest muzykiem równie wyśmienitym, ale dalece innym niż Brytyjczyk, zarówno pod względem temperamentu scenicznego, jak i stosownych technik artykulacyjnych. Mamy zatem całkiem nową sytuację dramaturgiczną dla pianistki i gitarzysty, dodatkowo potęgowaną faktem, iż Martina muzykuje tu na elektrycznym instrumencie klawiszowym, który brzmi niczym stępione ostrze organów Hammonda. Efekt jest dalece intrygujący, tak, jak i cały album – emocje pną się tu od wzdychającej kameralistyki po ogień free jazzu.
Każdy z setów trwa tu grubo powyżej dwudziestu minut i daje artystom szanse na spokojne i przemyślane budowanie dramaturgii. Po kilku poszukiwawczych pętlach odnajdują oni drogę do zgrabnej, linearnej opowieści. Raczej konstruują ją na tym etapie z drobnych fraz, dbają o szczegóły brzmieniowe (piano potrafi tu smakować niczym mała gitara elektryczna), nie eskalują tempa, ani intensywności, choć chętnie wchodzą w krótkotrwałe, ekspresyjne zwarcia. Pierwsze spiętrzenie sytuuje się tu w okolicach 10 minuty i jest gęste od potu. Jeszcze bardziej hałaśliwe zdaje się być wzgórze, na jakie wspinają się artyści w okolicach 15 minuty. Każdorazowa droga na szczyt jest tu dość długa, z kolei momenty hamowania krótkie, ale zdaje się, że jeszcze bardziej efektowne. Finał seta spoczywa na gitarzyście, który najpierw koi nasze zmysły ekspozycją solową, potem do more relaxing sounds zachęca także swoich partnerów.
Gitarzysta otwiera także drugi set. Tu już definitywnie wszystko bazuje na filigranowych dźwiękach. Pracują dysze saksofonu, jęczą struny i trzeszczą klawisze. Spokojna, kolektywna narracja trwa do momentu, gdy z tuby dęciaka wyzwoli się odpowiednia porcja mocy, by zabrać trio na pierwsze wzniesienie drugiego seta. W tak zwany międzyczasie mamy jeszcze epizod solowy Verhoeven. W obrębie 10 minuty muzycy serwują nam porcję ognistego tańca, z kolei faza tłumienia odnajduje efektowny ambient, budowany nie tylko przez gitarzystę. Narracja szczerzy zęby, by raz za razem popadać jednak w nastrój relaksacyjny. W okolicach 17 minuty artyści napotykają ciszę, ale postanawiają jeszcze kilka minut pomuzykować. Piano i gitara dbają o mroczny, rezonujący sound, saksofon szuka ostatnich promieni zachodzącego słońca. Samo zakończenie przypomina delikatnie kwaśną, zmysłową post-balladę.
Carla Santana/ José Lencastre/ Maria do Mar/ Gonçalo Almeida Defiant Illusion (NWOJ, CD 2024). Carla Santana – elektronika, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Maria do Mar – skrzypce oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Nagrane w Toolate Studio, Abóboda, Portugalia. Osiem improwizacji, 54 minuty.
Tym razem zastajemy Lencastre’a w towarzystwie jeszcze bardziej kameralnym – kontrabasu, skrzypiec i tylko pozornie nieadekwatnej w tej sytuacji scenicznej elektroniki. Ten kolejny doskonały album NWOJ dowodzi dwóch rzeczy. Zdaje się, że subtelność narracyjna i umiar w generowaniu dźwięków, to cechy wpisane w DNA muzyków portugalskich, co skutkuje nagraniami świetnie zbilansowanymi pod niemal każdym względem. Z drugiej zaś strony sam Lencastre, to muzyk, który doskonale radzi sobie w każdej estetce. Jeszcze kilka chwil temu, na poprzednim albumie, bywał free jazzowym, dzikim zwierzem, tu zdaje się być wytrawnym kolorystą i prawdziwym demiurgiem dramaturgii wyważonej, choć niewystudzonej improwizacji.
Zlękniona kameralistyka w leniwych, na poły tajemniczych dronach, to charakterystyka pieśni otwarcia. Drobne, akustyczne frazy są tu efektownie doprawiane delikatnie pulsującą elektroniką. Z jednej strony nerwowość saksofonu, z drugiej post-barok skrzypiec. W drugiej odsłonie na czele pochodu odnajdujemy drgające struny kontrabasu, wokół których panoszą się elektroakustyczne drobiazgi. Dęciak pojawia się tu lekko spóźniony, sieje intrygujący ferment, z kolei skrzypce toną w melodii. W trzeciej części na starcie dominują dźwięki preparowane, a w fazie finalizacji nie pierwszy już dialog saksofonu i skrzypiec. Kolejną opowieść też zdaje się budować pewien dysonans – najpierw toniemy w drobnej chmurze jazzu kontrabasu i saksofonu, by po niedługiej chwili sycić uszy skrzypcowymi frazami opatulonymi subtelną elektroniką. Piąte nagranie jest najdłuższe, a zaczyna się na poziomie ciszy. Narracja na wdechu, na zaciągniętym ręcznym pięknie się tu rozwija niesiona elektroniką, w fazie końcowej doposażoną w ulotną rytmikę i intrygującą ekspozycję dronową. W szóstej części, z jednej strony rozdygotane chamber, z drugiej efektowne, niemal free jazzowe zagęszczenie saksofonu, a zaraz potem kilka ciepłych oddechów z tuby i tanecznych fraz strunowych. Końcowa improwizacja stanowi tu niemal resume całego albumu. Mrok elektroniki niepozbawionej rytmu, strunowe poślizgi i saksofonowe westchnienia, drobny zadzior jazzu z kontrabasowego pizzicato, śpiew skrzypiec i zagadkowe frazy syntetyki na ostatniej prostej – można tego słuchać bez końca!
Garuda Trio + Rodrigo Pinheiro Tongues Of Flames (NWOJ, CD 2024). Hugo Costa – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Nagrane w Namouche Studios, Lizbona, lipiec 2022. Trzy improwizacje, 39 minut.
Hugo Costa od lat związany jest ze sceną holenderską (ponadgatunkowy Anticlan, czy noise’owe Albatre), ale nieustannie szuka swoich jazzowych korzeni w rodzimej Portugalii. Jego najlepszym orężem w tym artystycznym trudzie jest trio Garuda, które w trakcie swej drugiej podróży napotyka znamienitego gościa, pianistę Rodrigo Pinheiro. We czwórkę szyją nam tu rasowy, swobodnie improwizowany jazz, który potrafi w mgnieniu oka zamienić się w prawdziwie free jazzowe monstrum.
Pierwsza improwizacja zajmuje niemal połowę płyty i świetnie pokazuje moc kwartowej edycji Garudy. Opowieść inicjuje solowa, minimalistyczna akcja kontrabasu. Pozostali uczestnicy spektaklu wchodzą do gry stopniowo, z dużą dozą wstrzemięźliwości. Narracja przybiera formę slow motion of open jazz, ale potrzebuje ledwie kilku pętli, by nabrać mocy i energii znamionującej freejazzowe wyniesienie. Muzycy świetnie na siebie reagują, a wszystkie decyzje dramaturgiczne podejmują wspólnie. Środkowa faza utworu, już po wybrzmieniu wulkanu ekspresji, toczy się bez udziału dęciaka. Ten ostatni wraca w momencie, gdy trio zdaje się delikatnie unosić w powietrzu. Kilka dętych podmuchów buduje dodatkową jakość, wspartą na ulotnej ekspozycji pianisty. Druga improwizacja jest tu najkrótsza, oparta na ciekawej, nieco zrelaksowanej dynamice. Saksofon płynie wysokim i ekspresyjnym wzniesieniem, twarda sekcja stawia piękne, jazzowe zasieki. Gdy dęciak milknie, kilka błyskotliwych chwil staje się udziałem drummera. W trzeciej, znów kilkunastominutowej opowieści, dzieje się jeszcze więcej. Otwarcie jest kolektywne i szybko umieszcza artystów w zagęszczonym tyglu post-jazzu, dobrze kontrolowanym, ale już całkiem ekspresyjnym. Nim kwartet wejdzie na ścieżkę eskalacji świetne solo prezentuje pianista, a po nim kontrabasista. Po szybkim wystudzeniu improwizacja przechodzi w rozbudowaną fazę free chamber. Pojawia się smyczek, mroczne klawisze i rezonująca tuba saksofonu. Opowieść formuje się w balladę, ale nie kończy w zadanej estetyce. Spora porcja mocy uwidacznia się bowiem w zgrabnych ruchach perkusisty. Finalizacja jest intensywna, choć nadal wsparta na kontrabasowym smyczku.
MATTHEW GRIGG and FRISO VAN WIJCK performed a very fascinating double set at PlusEtage as part of our label events. NIEUWE NOTEN was there and wrote a beautiful review (in Dutch). We’ll be back at PlusEtage after the Summer.



“We zijn al ongeveer een half uur onderweg tijdens de eerste set als ik voor het eerst iets hoor dat lijkt op gitaarspel, dat terwijl de Engelse gitarist Matthew Grigg, zoals gezegd, al enige tijd bezig is. Het kenmerkt in hoge mate dit concert in de Plus Etage, georganiseerd door Dirk Serries’ A New Wave of Jazz, waarin niets is wat het lijkt. Een drummer, de al even vrolijk buiten de hokjes kleurende Friso van Wijck en een gitarist, die alles doen behalve traditioneel drummen en gitaarspelen. Wat we dan wel krijgen: grenzeloze creativiteit, volop experiment en een breed scala aan geluiden die ik het ene moment eerder associeer met een wandeling door de natuur en het andere moment met een wandeling door een drukke stad.
En dat alles na een wel heel ingetogen begin. Van Wijck ontfutseld een enkele klank aan een voor mij onbekend klein instrumentje, maar het geluid heeft iets weg van belletjes, terwijl Grigg met een strijkstok zijn gitaar bewerkt, of we de wind horen fluiten en een deur horen klapperen. En wat eerst nog nadrukkelijk gescheiden klankwerelden zijn, kruipt heel geleidelijk naar elkaar toe, haakt in elkaar, terwijl de spanning toeneemt en alles piept en kraakt. En zoals gezegd, lijkt niets in Grigg’s spel op dat van een gitaar en niets in dat van Van Wijck op een drumstel. Sterker nog: zijn trommels dienen als onderleggers voor een scala aan voorwerpen die hij op alle mogelijke manieren bewerkt. En sluit je ogen en je waant je elders. En dan ineens lijkt Van Wijck het even helemaal gehad te hebben met dit gepiel op de vierkante centimeter, een oorverdovend kabaal volgt, zijn voet vindt de basdrum en met zijn handen laat hij de klanken alle kanten op stuiteren. Het is van korte duur, de rust keert terug, het gevaar is geweken en beide musici hervatten hun klankexperimenten.
Mooi om naar te luisteren, maar ook boeiend om naar te kijken. Boeiend om te zien hoe twee musici die elkaar tot vanavond niet kenden en dus ook nooit eerder samenspeelden, samen een bijzonder spannend muzikaal bouwwerk optrekken. Je ziet ze afwachten, kijken en denken, wat past nu? Wat voegt iets toe? Hoe nu verder? Soms liggen die klanken ver uit elkaar, ontstaat er een soort van dialoog, soms kleuren de klanken ook zo goed bij elkaar dat je amper kunt horen waar het vandaan komt.
De tweede set staat vrijwel haaks op de eerste. Zo beheerst en contemplatief als het er in de eerste set aan toe gaat, zo heftig en dynamisch klinkt het na de pauze. Direct schieten de twee in tomeloze actie, waarbij heftige klankerupties de boventoon voeren. Grigg geselt zijn snaren met een trommelstok, Van Wijck slaat er vrolijk op los. In deze set is het veel duidelijker: een gitarist en een drummer, al is ook hier zeker sprake van experiment en onverwacht spel. Met name wat we van Grigg horen is pure noise en doet me nogal eens denken aan een machine waar nodig een monteur eens naar moet kijken. Pas na een kwartier zijn ze enigszins uitgeraasd, komt de percussie weer in beeld en verrast Grigg ons met luisterrijke strijkbewegingen. Ook nu is het weer Van Wijck die de hectiek erin houdt en op regelmatige basis Grigg’s verrichtingen doorkruist met korte klankuitbarstingen, alsof hij het gevoel heeft dat hij ons luisteraars bij de les moet houden. Dan is het even stil, de set lijkt ten einde, maar nee, Van Wijck krijgt een ingeving, soleert en zet Grigg weer op het spoor. Zuivere noise volgt tot het weer stil wordt en ook de tweede set afgelopen is.”
This Saturday, April 27th, we’re organizing our next label event – in conjunction with PlusEtage. This time is the first duo gathering of guitar experimentalist MATTHEW GRIGG (a fascinating guitarist from Bristol, UK, founder of the interesting Unknown Tongue label and organizer of a very successful concert series) and Dutch percussionist and sound painter FRISO VAN WIJCK, known for his numerous collaborations with the finest of the free impro and free jazz in The Netherlands, Belgium, Portugal, etc.
Note : this concert takes place at the aula of the Cultural Center Baarle-Hertog/Nassau (where the original venue of PlusEtage is situated). All info and tickets here.

UK’s MUSIQUE MACHINE just published a review of our CARLOS ‘ZINGARO’/GUILHERME RODRIGUES/JOSÉ OLIVEIRA’s ZWOSCH ZWOSCH ZWOSCH release. The album is available through our store.

“Zwosch, Zwosch & Zwosch is an improv release that wonderfully swings between the manic and seared, to the more moody and atmospheric. It’s an album/ release that truly keeps the listener firmly on their toes throughout its nearing thirty-three-minute run.
The release brings together three Portuguese improvisers- Carlos “Zíngaro” – Violin, Guilherme Rodrigues – Cello, and José Oliveira – Percussion. The album consists of a recording of a set from the Festival DME – Lisboa Incomum on the 30th of July, 2021.
The single track featured here rolls in at thirty-two minutes & fourteen seconds. We open with a blend of rattling percussive drags, neck saws/pulls, and sudden crashes/ runs. As we move on we go from manic string swoons ‘n’ swipes blended with darting/ shifting percussive tones. Though to drops into broodingly moody droning/ simmer- which are edged by scuttling scraps & rubs. Onto rapidly tightening bass runs, fiddling swoons, and playful ethnic percussive rolls & shifts.
Throughout the three players nicely shifts from one place to the next- with both a feeling of true freedom & flare, yet there are also moments of mood/ near melody too. And I could have easily listened to these three for another half an hour or so, as their playing is both rewardingly eventful and atmospherically fired.
Zwosch, Zwosch & Zwosch is a wonderfully unpredictable improv ride, and you really don’t know what’s around next sonic corner. And this maintains even after a few plays, so it most certainly deserves revisits.”
You must be logged in to post a comment.